Parada miłości

6W drugą sobotę lipca co roku w Berlinie odbywa się Parada Miłości. Być może nazwa jest trochę na wyrost, bo bardziej przypomina to manifestacje wolności czy seksualności. Na samym początku było to wielkie święto muzyki techno, jednak stopniowo przeradzało się w festiwali golizny. Na główną ulice Berlina wychodzą tłumy roznegliżowanych i poprzebieranych ludzi oraz wyjeżdżają platformy ze sprzętem nagłośnieniowym. Króluje taniec, piwo i narkotyki. Pierwsza parada odbywała się 1989 roku, tuż przed upadkiem muru berlińskiego. Były to prywatne urodziny, na które przyszło około 150 osób. Z roku na rok było coraz więcej ludzi. Podczas imprez promowano rożne polityczne idee, dzięki czemu organizatorzy mogli liczyć na darmową ochronę i sprzątanie po imprezie, które zapewniała władza. A było co sprzątać, średnio 300 ton odpadów. Tyle pamiątek pozostawiali po sobie uczestnicy w ostatnich latach. Teraz już ten obowiązek spadł na organizatorów i muszą sami sprzątać. Na każdej takiej paradzie organizatorzy i miasto zarabia miliony euro. Ten kiczowaty festiwal znaczy tyle samo dla Berlina, co karnawał dla Rio de Janeiro. Porto nie było zawsze tak dobre, jak dziś. Kiedyś było gorzkie i kwaśne. Podczas wojny angielsko-francuskiej Anglia zaprzestała przyjmować francuskie wina. Portugalia stała się głównym dostawcą tego towaru do Anglii. Wino jednak strasznie znosiło długi transport i konieczna była zmiana została jego receptury. Anglicy stwierdzili, że trzeba je wzmocnić alkoholem. Dopiero to ulepszone wino nazwano porto. Handel winem kwitł, podobnie jak kwitły oszustwa z nim związane. Nieuczciwi handlarze zamiast oryginalnego porto sprzedawali podróbki. W związku z tym producenci musieli ograniczyć teren uprawy winorośli, z której mogło powstawać wino. Teren rozlegał się po obu stronach rzeki Douro i jest aktualny do dziś. Czas na winobranie, to koniec września i początek października. Tuż przed zakończeniem procesu fermentacji do wina dodaje się specjalna substancję, również winnego pochodzenia, która zwiększa poziom alkoholu do 20 procent. Wino musi dojrzewać minimum 20 lat, aby osiągnąć dobry i wyrafinowany smak. Wino czym starsze, tym lepsze. Wydawać się może, że mieszkańcy Luksemburga muszą być bardzo bogaci, skoro pozwalają sobie na spędzanie każdego weekendu poza swoim krajem. Nic bardziej mylnego, wynika to z oszczędności. Luksemburczykom nie jest wcale trudno spędzać weekendy za granicą. Kilkadziesiąt kilometrów dzieli ich od niemieckiego Trewiru i prawie tyle samo do francuskiego Metzu. Jeżdżą tam przeważnie na zakupy. W Luksemburgu jest bardzo drogo i sklepy czynne są bardzo krótko. Francuski, to język urzędowy i wszystkie dokumenty są w tym języku. Również nazwy ulic i sklepów są podawane po francusku. Natomiast prasa pisana jest po niemiecku, a jej lokalne elementy po francusku. Niemiecki słyszy się na ulicach Luksemburga. Język ojczysty stosuje się tylko w szkołach. Wydany w 1978 roku słownik języka luksemburskiego miał być ponownie wznowiony w 1995 roku, jednak nie było takiej potrzeby. W Luksemburgu nigdzie nie usłyszy się dowcipu o cudzoziemcach. Powód? Tam prawie każdy, to obcokrajowiec. Dlatego nie ma się co narażać i ryzykować.

Służyć

39Wszystko zaczęło się w pięknym warmińskim mieście Braniewie. Był to port, do którego przypływały statki. Tam można było podziwiać piękne widoczki takie jak kamieniczki, ratusz oraz katedrę braniewskiego grodu, które górowała ponad dachami domów. Naprzeciwko ratusza stała wyniosła kamienica. W niej mieszkali państwo Protmannowie. Ojciec Pan Piotr był kupcem, więc często musiał opuszczać swoją rodzinę, aby zarabiać na chleb i załatwiać różne interesy. Zoną Pana Piotra była Pani Regina. Była ona gospodynią domową. Z miłością zajmowała się domem, a to gotowała obiady ,a to sprzątała oraz pracowała w ogrodzie. Mieli oni kilkoro dzieci, którym poświęcali dużo czasu na dobre wychowanie . Również przywiązywali dużą uwagę do ich wykształcenia. Chcieli ich wychować na dobrych ludzi. Były to trudne czasy, gdyż dzieci z bogatych rodzin mogły się uczyć trudnej sztuki czytania, pisania i rachunków. O biednych niestety już nie pomyślano. Biedne rodziny często nawet nie miały na chleb, a co dopiero by mówić o wychowaniu czy posłaniu ich do szkoły. Wydawanie pieniędzy na nauczycieli czy książki było poniekąd niemożliwe. Dziewczynka w swym pokoju spędzała wiele czasu. Gdy tylko miała wolny czas, wypatrywała przez okno co się dzieje. Widok z okna pozwolił jej czynić nowe obserwacje. Widziała zarówno dobre i złe strony. Piękne widoki, a po drugiej stronie brudnych ludzi, odzianych w poszarpane ubrania, gdzie nigdy w swoim domu nie widywała takich ubrań. Gdy spoglądała na biedaków, w jej oczach rodziły się łzy i smutek. Nie wiedziała jak ma tym ludziom pomóc. Nagle przypomniała sobie o monetach , które niegdyś dostała od ojca. Postanowiła obdarować tych biedaków tymi monetami, gdyż twierdziła , że jej na nic się nie przydadzą, a tym ludziom mogą pomóc. Pobiegła do skrzyni i wyciągnęła woreczek, w którym były ukryte pieniądze. Nazajutrz postanowiła rozdać każdemu po jednej. Jednak gdy wyjrzała po raz kolejny przez okno zaczęła liczyć żebraków. Było ich naprawdę sporo. Nie starczy jej pieniędzy dla nich wszystkich, nawet jeśli każdy z nich otrzyma po jednej. Po chwili bezradnie rozłożyła ręce. Długo o tym rozmyślała.